sobota, 8 czerwca 2013
Licia Troisi
"Wojny Świata Wynurzonego"
„Pierwszy tom trylogii o losach młodej wojowniczki Dubhe, która ma uratować Świat Wynurzony przed Gildią – Sektą Zabójców. Dziewczynka, gdy miała osiem lat, w trakcie zabawy przypadkowo zabiła swojego kolegę, przez co została wyrzucona z rodzinnej wsi. Przetrwać pomógł jej wtedy tajemniczy Sarnek, dawny najemnik Sekty, od którego nauczyła się fachu. Po jego śmierci Dubhe, jako dojrzała wojowniczka i zwinna złodziejka, przyciągnęła uwagę Gildii. Sekta uważa ją za Dziecko Śmierci, istotę ludzką z wrodzonym talentem do zabijania, i nakłada na nią klątwę, która ma zamienić ją w niewolnicę, gotową zabijać na zawołanie. Czy dzielnej wojowniczce uda się umknąć członkom morderczej Gildii?
Czy uratuje Wynurzony Świat?”
Pierwszy raz miałam styczność z Licią Troisi właśnie podczas czytania trylogii „Wojny Świata Wynurzonego”. Długo zastanawiałam się nad jej kupnem, ale dziewczyna na okładce i liczne znakomite recenzje skutecznie mnie do tego przekonały. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to niesamowicie przyciągający wzrok Dubhe.
Młoda zabójczyni zdaje się patrzeć na czytelnika i zachęcać go, by poznał jej świat. Dopiero po chwili zauważa się przejście z czaszek, by następnie zwrócić uwagę na smoka w tle.
Otwarłam książkę i czekała mnie następna niespodzianka – mapa. Zanim przejdzie się do pierwszego zdania, można podziwiać Wynurzony Świat. To bardzo ciekawy zabieg. Drogę można widzieć nie tylko w wyobraźni.
Ma się do niej pełny dostęp. Dostrzega się rzeczy, których nie widzą główni bohaterowie – jak daleką drogę muszą jeszcze przebyć, niedaleko jakich miejsc się znajdują, co muszą jeszcze przeżyć.
Licia Troisi to włoska pisarka, która zasłynęła seriami „Kroniki Świata Wynurzonego” i „Wojny Świata Wynurzonego”. Kobieta kreuje nie tylko doskonałe światy pełne niebezpieczeństw i fantastycznych tajemnic. Również jej bohaterowie mają doskonały zarys. Poznajemy ich wygląd zewnętrzny, wewnętrzne uczucia, życie... Dorastamy wraz z nimi, towarzyszymy w niebezpiecznych podróżach, pomagamy kraść, pocieszamy, cierpimy wraz z nimi. Niektórzy mogą poczuć się jak opisywane postacie. Jednak według mnie znacznie więcej osób będzie chciało po prostu iść obok nich. Nic prostszego. Łatwo dokonać wyboru, kiedy ma się do czynienia
z tak wspaniałą literaturą jak ta.
Dubhe jest wyjątkowa. Na początku powieści podbija serce odbiorcy jako mała dziewczynka, która – jak każde dziecko – bawi się, broi, biega gdzie nogi poniosą… Aż nagle dochodzi do tragedii. Ośmiolatka przypadkowo morduje kolegę. Pojawia się pytanie, czy to możliwe, by ktoś kogoś zamordował PRZEZ PRZYPADEK.
Owszem, to jest możliwe. A samo zabójstwo tak silnie wpływa na dziecko, że czytelnik jest przerażony jej dalszym zachowaniem, by następnie ustąpić miejsca strachu, bólowi oraz współczuciu. Gdy dziewczynka zostaje postawiona przed komisją mającą na celu rozstrzygnięcie jej dalszych losów, brakuje tylko ckliwej melodii skrzypiec, by się rozpłakać. A i bez tego nie jest to trudne. Wyobrażacie to sobie? Macie osiem lat. Przypadkiem zabijacie znajomego. Zostajecie postawieni przed obcymi ludźmi, obok widowni, która Was nienawidzi i obrzuca Was licznymi obelgami, a rodzice nie mogą się do Was zbliżyć. Jesteście im odebrani. Paraliżuje Was strach, a nie macie prawa się do nikogo zbliżyć. Wasz los leży w rękach ludzi, którzy najchętniej rzuciliby wyrok śmierci. Nawiasem mówiąc jestem przekonana, że Dubhe wolałaby śmierć. Czekał ją los dużo gorszy – wygnanie. Zabrana przez człowieka, który miał jej zawiązać oczy i wywieźć z wioski, nie miała szansy pożegnać się z rodzicami we właściwy sposób.
Ale mężczyzna okazał uczucia i nie spełnił do końca rozkazów. W połowie drogi przystanął i uwolnił dziewczynkę.
Nie miała innego wyjścia, jak iść dalej. Zawrócić nie mogła. Nawet nie znała drogi. Od tego czasu była skazana tylko na siebie. Na swojej długiej drodze spotkała tajemniczego człowieka, który stał się dla niej Mistrzem. Nauczył ją wszystkiego, co musiała umieć i wiedzieć, by przeżyć. I gdy wszystko zaczęło się układać, a Dubhe zawodowo kradła i oszukiwała, czekało ją kolejne rozczarowanie. Sarnek, Mistrz, w którym długo była zakochana, musiał odejść i zostawić ją samą. W ten sposób znowu została samotną dziewczyną, skazaną tylko i wyłącznie na siebie. Na szczęście była wtedy na tyle dorosła, by przyjąć to z godnością.
Książka jest napisana językiem, który szybko się czyta. Z każdą kolejną stroną historia głównej bohaterki jest coraz ciekawsza i wciągająca. I muszę przyznać, że o ile pierwsza część trylogii (paradoksalnie) wydała mi się nieco nudna, to kolejne były coraz lepsze. Po przeczytaniu całej trylogii ostatecznie uznałam, że każda z części jest jedyna w swoim rodzaju. Natomiast pierwsza – „sekta zabójców” wydała mi się nudniejsza od pozostałych, ponieważ,
by zrozumieć kolejne przygody Dubhe, autorka musiała najpierw zaznajomić odbiorcę z pozostałymi bohaterami, którzy byli dość kluczowi w całej opowieści. Niektóre opisy były zbyt rozbudowane, nie mniej jednak nie umniejszyło to wagi całości.
Losy bohaterki bardzo grały na emocjach w trakcie czytania. Często ze złości na wydarzenia musiałam odkładać książkę, by uspokoić rozszalałą burzę myśli. Jednak nie mogłam pozostawiać Dubhe na długo samą, bo za bardzo obawiałam się, że w między czasie coś może jej się stać. ;) Taka jest prawda – gdy raz się zacznie czytać tę książkę, nie można jej przerywać, aż nie dojdzie się do samego końca. Świadczy to o geniuszu włoskiej autorki.
Cieszę się, że pani Troisi postanowiła napisać taką trylogię i wciąż pisze inne. Jestem pewna, że nadal będę sięgać po jej książki, bo każda kolejna zdaje się być jeszcze ciekawsza od poprzedniej.
Niestety w Polsce najpierw zostały wydane „Wojny Świata Wynurzonego”, a dopiero potem „Kroniki Świata Wynurzonego”. We Włoszech było odwrotnie. Dlatego tym, którzy jeszcze nie mieli styczności z twórczością Licii, bardzo polecam, by swoją przygodę zaczęli od Kronik. W Wojnach bardzo często pojawiają się fragmenty zaczerpnięte z poprzedniej trylogii. Na szczęście za każdym razem są pokrótce opisywane, dzięki czemu kolejność
w tym przypadku nie ma aż tak dużego znaczenia.
Zdecydowanie polecam dzieła tej autorki.
A dla tych, którzy czytali już „Dziedziczkę Smoka” mam dobrą wiadomość! Dostałam informację od wydawnictwa, że pod koniec jesieni tego roku powinien ruszyć dalszy ciąg historii. Data wydania czwartego i piątego tomu nie jest jeszcze znana, ale wiadomo, że książki zostaną wydane. Zirytowani niedokończonymi wątkami czytelnicy mogą być pewni, że poznają prawidłowe zakończenie. Szkoda tylko, że trzeba było na to czekać prawie trzy lata…
A wracając do „Wojen Świata Wynurzonego”…
A jeśli jeszcze jej nie czytaliście, piszcie opinie na temat recenzji.
Każdy głos jest mile widziany!
piątek, 7 czerwca 2013
"Głębia"
"Odkąd Vanessa Sands odkryła, kto zamordował jej siostrę,
a wszystko, co wiedziała o swojej rodzinie, okazało się kłamstwem, jej świat runął. Jedyną osobą, na której może polegać, jest jej chłopak Simon. Osobiste problemy bohaterki przestają jednak mieć znaczenie w obliczu powrotu żądnych zemsty istot z Winter Harbor. Teraz Vanessa musi zmierzyć się z przeszłością i zaakceptować fakt, że jest dokładnie taka sama jak one - równie kusząca i równie niebezpieczna...”
Jeden duży plus dla autorki. Na początku książki stopniowo przypominała najważniejsze momenty z pierwszej części. Uważam, że to bardzo pomocne dla osób, które mogą nie pamiętać niektórych wydarzeń.
Ale o "Syrenie" już pisałam, więc nie zamierzam się rozpisywać nad "Głębią". Było warto. Już po przeczytaniu pierwszej części wiedziałam, że ta seria coś w sobie ma. I nie pomyliłam się. "Głębia" jest tak samo przyciągająca jak jej poprzedniczka. Napięcie stopniowo narasta i nie opada, pojawiają się nowe zagadki i nie ma na nie odpowiedzi. Każdy rozdział kończy się w kluczowym momencie. Aż chce się czytać dalej. Przy okazji całość jest tak skonstruowana, że nawet przerzucenie kolejnej kartki zdaje się trwać wieczność, gdy tak bardzo ma się ochotę czytać dalej. Chce się wiedzieć co teraz się stanie i dlaczego stały się rzeczy, które miały miejsce wcześniej.
Nie mogę się doczekać, aż sięgnę po ostatnią część trylogii. Nie chcę spoilerować, jednak - muszę to przyznać - autorka nieco przesadziła z tym całym bólem... To nie Harry Potter. Grunt, że to nie zaburzyło harmonii i nie wpłynęło negatywnie na odbiór. Po tej książce wiele się można spodziewać. W każdym razie ma jednego dużego plusa - nawet jeśli ktoś podchodzi do niej mając duże wymagania, nie zawiedzie się.
Jestem ciekawa co Wy sądzicie na temat tej części. Jakie są Wasze opinie?
Czy według Was "Głębia" była gorsza od "Syreny"? A może lepsza?
Piszcie w komentarzach jakie macie zdanie na ten temat. Każdy głos jest mile widziany.
wtorek, 4 czerwca 2013
Laurie Halse Anderson
poniedziałek, 3 czerwca 2013
"Motylki"
„Każda osiemnastolatka pragnie być piękna, a piękno wymaga wyrzeczeń, szczególnie jak ktoś chce być szczupłym
mimo wszystko.
Liz przy wzroście 165 centymetrów waży niecałe 45 kilogramów i chudnie dodatkowe sześć.
Zdaje sobie jednocześnie sprawę z tego, że tak naprawdę liczba kilogramów nie ma znaczenia.
„…Jeśli dojdę do 32, będę chciała ważyć 29. Gdybym ważyła cztery kilo, chciałabym zejść do dwóch.
Jedyna liczba, która tak naprawdę by mnie zadowoliła to 0…”
I to prawie udało się jej najlepszej przyjaciółce, niestety wcześniej… zmarła.”
Dowiedziałam się o tej książce na długo przed jej premierą w Polsce. Miałam nawet zamiar przeczytać oryginalną wersję. Niestety nigdzie nie można było jej dostać. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że „Wintergirls” zostaną wydane w Polsce jako „Motylki”. Gdy zobaczyłam tak bardzo znane mi nazwisko, bez skrupułów otwarłam
stronę z zapowiedziami. To, co zobaczyłam, po prostu mnie przeraziło…
Prawda jest taka, że nigdy bym się nie dowiedziała o „Wintergirls”, gdyby nie doskonała okładka książki. Polska wersja pozostawiła tak wiele do życzenia, że gdybym nie wiedziała o czym jest opowieść, omijałabym ją szerokim łukiem. Dobrze, że pod „Motylkami” widnieje napis: „wstrząsająca opowieść anorektyczki”… W przeciwnym razie bardzo bym się obawiała, że jakiś niezaznajomiony rodzic kupi to dziecku. Różowa czcionka nie ma nic wspólnego z treścią, a dziewczyna z okładki w niczym nie przypomina anorektyczki. Można pomyśleć, że bohaterka była modelką, więc na okładkę wybrano również modelkę. Nic bardziej mylnego. A w zasadzie… Co robi ta dziewczyna? Wydmuchuje motyle?
Cudowna interpretacja. Doprawdy.
Ale dość ironizowania. Recenzja sama się nie napisze.
Laurie Halse Anderson to mistrzyni w kreowaniu postaci. Każda jej powieść pozostawia po sobie głęboki ślad.
Być może popełniłam błąd czytając wcześniej inne książki o anoreksji, bo w ich świetle „Motylki” mnie nie zachwyciły. Tylko czy można się zachwycać tak trudnym tematem?
Jeśli ktoś naoglądał się filmów o anorektyczkach, czytał inne książki, lub chociaż miał w szkole lekcje na ten temat, nie znajdzie tu nic nowego. Tym razem niestety autorce się nie udało. Jednak książka nie jest specjalnie zła.
Po prostu czytając ją ma się wrażenie, że niczego nowego już się nie dowiemy. I tak faktycznie jest.
Książka ma ciekawą formę. Tekst, mimo dużej czcionki, jest dość „zbity”. Rozdziały nie zaczynają się wraz z nową stroną. Są jedynie uwydatnione grubszym zapisem. Całość pełni rolę swego rodzaju pamiętnika, który dość szybko się czyta. Co jakiś czas pojawiają się przekreślone zdania, które zostają zastąpione innymi. Odczytanie skreślonych słów jest bardzo łatwe. To właśnie z nich można dowiedzieć się najważniejszych rzeczy. Prawdziwych myśli. Bohaterka nawet na stronach dziennika postanawia kłamać. (Jednocześnie pokazując odbiorcy, co jest kłamstwem, a co prawdą). Nie owija w bawełnę, więc osoba, która pragnie zapoznać się z chorobą od strony jej ofiary, będzie
w pełni usatysfakcjonowana.
Historia rozpoczyna się tragiczną sceną, w której Liz dowiaduje się o śmierci przyjaciółki. Od tego momentu rozpoczyna się dzika bieganina myśli. Dziewczyna nie może przestać myśleć o jedzeniu (zarówno jego obecności, jak i braku), zmarłej, rodzinie, sobie… Czytelnik nie dowiaduje się o tym, jak rozpoczyna się choroba, bo ona już trwa. Śmierć bliskiej osoby powoduje jedynie pogorszenie się stanu, w jakim znajduje się nastolatka. Jej położenie
i tak już jest kiepskie, co pogarsza tylko wiek. Dziewczyna ma 18 lat. Jest pełnoletnia, więc może robić co jej się podoba. Ojciec i macocha nie zwracają na nią zbytniej uwagi… Albo raczej zwracają, ale wtedy kiedy nie powinni
i odwrotnie. Mimo wszystko zauważają, że coś jest nie tak. (Ciężko byłoby nie widzieć, skoro Liz chudnie
w zastraszającym tempie, narzeka, że jej zimno i jakoś nie specjalnie ukrywa swoją niechęć do jedzenia).
Rodzice zabierają ją do kliniki. Raz, drugi, trzeci… Niestety ciągle musi tam wracać.
Pewnego dnia dochodzi do krytycznego momentu, w którym pojawiają się omamy. Co gorsza, bohaterka zaczyna widzieć swoją zmarłą przyjaciółkę, która porywa ją na sam dół za każdym razem, gdy następuje poprawa. Halucynacje i brak jedzenia pogłębiają chorobę psychiczną, która zdecydowanie za mocno odbija się na fizycznej postawie. Gdy dochodzi do serii omdleń i napadów ciemności przed oczami, Liz sama ma tego dość.
Trafia kolejny raz pod opiekę lekarzy i postanawia nigdy więcej nie kłamać.
Kolejna książka z happy end’em zupełnie nie pasującym do całej reszty. Dlatego muszę powiedzieć, że bardzo się zawiodłam. I nie chodzi o zakończenie książki, ani nawet o to, że łatwo było je przewidzieć (jak większość opowieści). Zawiodłam się na ogóle. Kreacja bohaterki jak zawsze była genialna. Ale do historii zabrakło pomysłów. Albo raczej twardych dowodów. Wiele aspektów choroby pominięto. Za to tok myślenia rozbudowano.
Nie jest to na tyle ciężka książka, by zabierać się za nią z określonym humorem i otwartą do zbierania wiedzy głową. Można ją przeczytać w jeden dzień. Bez głębszych refleksji nad całością, a z nieco większą nad końcówką. Szkoda tylko, że było tego tak mało…
Nie jestem ani na nie, ani na tak. Wybór pozostawiam Wam.
(Mało na początku, więcej pod koniec.)
A jeśli jeszcze nie czytaliście książki, piszcie opinie na temat recenzji.
Każdy głos jest mile widziany.
niedziela, 2 czerwca 2013
Williams Brian i Gordon Roderick
"Tunele"
„Pewnego dnia ojciec czternastoletniego Willa, archeolog, znika
w nieznanym tunelu. Chłopiec postanawia zbadać tę sprawę, prosząc o pomoc swojego przyjaciela Chestera.
Wkrótce trafiają głęboko pod ziemię, gdzie odkrywają mroczną i przerażającą tajemnicę.
Tajemnicę, która może kosztować ich życie…”
„Tunele” czytałam będąc jeszcze w gimnazjum. Nie mniej jednak uważam, że książka jest godna uwagi. To kolejna powieść, na której okładce widnieje napis: „NOWY BESTSELLER B. Cunninghama, odkrywcy Harry’ego Pottera”. O tym, co sądzę na temat tego porównania pisałam już przy „Charlim”, więc pominę to milczeniem.
Początkowo miała to być trylogia. Jednak gdy wydawnictwo wydało trzecią powieść, okazało się, że części będzie sześć. Pięć z nich można już kupić. Premiera szóstej odbyła się w Wielkiej Brytanii w maju tego roku, więc pewnie niedługo pokaże się i w Polsce. Póki co wiadomo, że oryginalna wersja językowa liczy 735 stron, tym samym będąc najgrubszą z części.
Zacznę od tego, że nigdy nie przepadałam za zwykłymi powieściami przygodowymi. A jednak ta pozycja miała
w sobie coś takiego, że z zaciekawieniem czytałam ją dalej. Co więcej, pierwsza połowa była nudna jak flaki z olejem. Tym bardziej zadziwiający jest fakt, że tak czy owak miałam ochotę ją czytać. Nie oznacza to jednak, że książka jest mistrzostwem. Kolejne części były znacznie ciekawsze.
Tym, co mnie urzekło, były zdumiewające opisy. I nie chodzi tu o rozbudowane, wylewne treści na temat miejsc
i osób, lecz o ich plastyczność. Bardzo łatwo jest się przenieść do miejsc zawartych w książce, a osoby w niej występujące tworzą swoje oddzielne historie, które mimo wszystko dopełniają się w spójną całość. Dzięki temu można sobie wybrać, którą się chce „być” osobą i uczestniczyć w jej historii, nie odrywając się jednocześnie od innych postaci. To tak, jakby umieścić kilka kamer w jednym budynku i obserwować postaci z wybranej perspektywy. Knuć plany, podglądać, zbierać informacje.
A wszystko po to, by w odpowiednim momencie móc je wykorzystać.
Im głębiej, tym ciekawiej. Samo czytanie jest jak wchodzenie coraz głębiej w tytułowy tunel. Im głębiej się wejdzie, tym gorzej wyjść. Im dalej się zabrnie, tym więcej niebezpieczeństw, pułapek, zagadek, niewyjaśnionych spraw. Trzeba kopać dalej. Budować nowe korytarze, odkrywać tajemnice podziemnego świata. Bo ten świat istnieje.
Idąc koło Willa i Chestera dowiadujemy się, że pod nami również jest życie. Dużo głębiej, niż można by się było spodziewać. Ludzie egzystują tam na znacznie bardziej dopracowanych zasadach, będąc pod stałą kontrolą pewnej grupy ludzi. Najstraszniejszych osób na tym i tamtym świecie.
Styksowie. Rasa wysokich, szczupłych osób o anemicznej budowie, którzy żyją pod ziemią, ale mają dostęp do naszego świata. A czynić potrafią jedynie zło. Ich główną cechą jest rasizm. Gardzą wszystkimi osobami spoza ich rasy. Trzeba przyznać, że autorzy mieli doskonały pomysł na budowę hierarchii. Podzielili ludzi na Górnoziemców
i Kolonistów. Górnoziemcy to my. Natomiast Koloniści żyją pod nami i nie mają prawa przechodzić na wyższe poziomy. Nawet gdyby mieli do tego prawo, nie mogliby znieść słonecznego światła. Styksów to nie dotyczy.
Są niebywale odporni nie tylko na jasność. Ich drugą cechą jest szybkie gojenie się ran. Oprócz tego są szybcy
i zręczni. Sieją postrach nie tylko w postaci dorosłych. Rozwój tych istot także został podzielony. Co kilkaset lat samice Styksów przechodzą tak zwaną Fazę. Skóra na ich plecach zostaje przebita, a z gardeł wysuwają się specjalne pokładełka na składanie jaj. Potomstwo przychodzi na świat w postaci larw. Wykonuje się na nich liczne zabiegi genetyczne, dzięki czemu wśród Styksów można znaleźć licznych bliźniaków, trojaczki itd. Dzieci są wychowywane przez opiekunów, którzy uczą je jak torturować inne rasy i ogólnie rzecz ujmując siać postrach. Dorośli spełniają swoje obowiązki. Wychodzą do Górnoziemców, by zbierać o nich informacje. Ich zadaniem jest zniszczenie wszystkiego, co znajduje się nad ich terytorium. Przyznają się na przykład do wynalezienia Hiszpanki
i Ultrawirusów. Oprócz tego ich strategią jest porywanie Anglików, rozpruwanie ich narządów i umieszczanie w nich bomb. Taki zmodyfikowany człowiek zostaje następnie wypuszczony do swojego świata, w którym nieświadomie czeka na swój wybuch. Styksowie są niesamowicie mądrzy. Ich IQ znacznie przewyższa poziomy ludzkiej inteligencji. Niestety zostaje to wykorzystane w złych celach. Ponieważ Koloniści mają dla nich pracować na wszystkich podziemnych poziomach, Styksów podzielono na dwa osobne oddziały – Graniczników i Dywizję, które działają na wyznaczonych partiach podziemia.
Sami przyznacie, że Brian Williams i Roderick Gordon wsadzili w utworzenie tej rasy kawał dobrej roboty.
Czytelnik nie poznaje tylko Styksów, Willa i Chestera. Mamy dostęp do życia obojga rodziców chłopców, innych Górnoziemców, Kolonistów, Graniczników, osób, które weszły do tunelu i nie odnalazły drogi wyjścia, szpiegów na wszystkich poziomach… Każda osoba jest wystarczająco ciekawa, by o niej czytać. Na przykład matka Willa.
Jego ojciec zaginął, ale dlaczego chłopak nie został z mamą? No właśnie. Jego matka, to leżąco – siedzące przed telewizorem zombie. Nie mówi, nie gotuje, nie sprząta. Cały dzień spędza przed telewizorem. Nastolatek praktycznie nie ma z nią kontaktu. Rolę pani domu pełni siostra Willa – Rebeka. Jednak ta osoba jest zbyt skomplikowana i za dużo wnosi w historię, bym mogła ją opisać.
Ciekawy jest fakt, iż teren Styksów i Kolonistów prawie niczym nie różni się od naszego. A jednak atmosfera tamtego miejsca sprawia, że nie chce się w niej długo przebywać. Zresztą przygoda nie kończy się na dotarciu do jednego poziomu. Stopniowo odkrywane są kolejne korytarze. Z całą pewnością dużo ciekawsze od opisanego wyżej.
Zdaję sobię sprawę, że „Tunele” weszły na polski rynek dawno i ich czytelnicy byli w większości dziećmi lub młodzieżą szkolną. Jednak polecam tę sagę również starszym odbiorcom. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie.
Z całą pewnością nie można się zniechęcać do początku powieści.
Zapewniam, że z kolejnymi rozdziałami będzie ciekawiej.
(Światło obok postaci świeci się w świetle dnia, rozświetlając wnętrze tunelu. Ciekawe zastosowanie.)
(Najpierw trzeba przebrnąć przez początek.)
(Tu zdecydowanie wiele się dzieje.)
(Doskonale wykreowani, plastyczni, barwni, oryginalni.)
A jeśli jeszcze ich nie znacie, piszcie opinie na temat recenzji.
Każdy głos jest mile widziany.