środa, 19 czerwca 2013
Jacqueline Wilson
"Lola Rose"
„Kiedy sytuacja z powodu zachowania ojca staje się nie do wytrzymania, Jayni wraz z mamą i młodszym bratem zmuszona jest w środku nocy uciekać z domu. Z początku wszystko wygląda jak niesamowita przygoda – mieszkanie w londyńskim hotelu, zwiedzanie różnych ciekawych miejsc, zakupy… Nawet zmiana imienia jest fantastyczna, Jayni – teraz Lola Rose – może poczuć się całkiem inaczej, o wiele doroślej.
Tyle że nowe życie Loli Rose nie jest tak fantastyczne jak jej nowe imię. Nie podoba jej się ani praca mamy, ani jej nowy chłopak, no i musi naprawdę dorosnąć, kiedy mama idzie do szpitala.”
Jacqueline Wilson napisała wiele książek dla nastolatek. Ja jednak nie nazwałabym ich książkami dla dorastających. Według mnie to bardziej książeczki dla dzieci, które dopiero mają zacząć dojrzewać. Tylko jeden aspekt sprawia, że nie nadają się typowo dla dzieci – każda z książek autorki porusza ważne tematy. „Lola Rose” była moim pierwszym zetknięciem z tą autorką i – niestety – ostatnim. Można powiedzieć, że wyrosłam już z takich historyjek.
Tym razem tematami były: odrzucenie, alkohol, choroba, dojrzałość i ważne wybory. Życie Jayni nigdy nie było proste. Matka wyszła za alkoholika, który był agresywny. Nie wiadomo co trzymało tę rodzinę razem tak długi czas. Prawdopodobnie paraliżujący strach. Ojciec bił tylko matkę. Kobieta uważała, że skoro tylko ona pada ofiarą agresji, może pozostać z mężczyzną pod jednym dachem. Sytuacja jednak diametralnie się zmieniła kiedy rodzinie przytrafił się szczęśliwy los. Dosłownie. Gdy Jayni, jej młodszy brat, Kenny i matka, Nikki, wybierają się na spacer, kobieta zauważa na chodniku kupon z cyframi. Papier okazuje się być wygraną o wartości 10 000 zł. Nikki widzi w tym całą fortunę, bo wcześniej nie miała pieniędzy. Pierwsza reakcja jest spontaniczna – dzieci zostają zabrane do sklepu i mają pozwolenie na wybranie wszystkiego, czegokolwiek chcą. Warunek jest tylko jeden – ojciec nie może dowiedzieć się o wygranej.
Wieczorem dochodzi do kłótni, w wyniku której Jayni, chcąc uchronić matkę przed kolejnym atakiem, również zostaje uderzona. Wtedy wyjawia prawdę, za co ojciec mści się jeszcze bardziej. Nikki podejmuje decyzję – natychmiastowa ucieczka. Jeszcze tej samej nocy każe zabrać dzieciom jedynie to, co najbardziej sobie cenią i rusza z nimi w drogę. Ma mało czasu, bo musi zapakować swoje rzeczy i sprawdzić rzeczy dzieci zanim mąż wróci do domu. Oczywiście Kenny jest za mały, żeby zrozumieć dlaczego nie może zabrać ulubionej zabawki i jeszcze przed wyjściem dochodzi do sprzeczki. Rodzinie jednak udaje się ukryć.
Pierwszym celem jest schronienie. Staje się nim mały hotel. Matka nakazuje dzieciom przybrać nowe imiona, by całkowicie zmienić tożsamość. Każdy wybiera takie, jakie mu się podoba. W ten sposób Nikki zostaje Victorią, Kenny – Kendallem, a Jayni Lolą Rose. Po kilku dniach Victoria podejmuje pracę w barze, (co nie podoba się Loli). Tam zakochuje się w studencie – Jake’u. Lola jest zazdrosna, bo młodszy braciszek bardzo lubi chłopaka matki, podczas gdy ona go nie znosi. Jake decyduje się zamieszkać z Victorią i dziećmi. Pewnego dnia okazuje się, że kobieta jest chora na raka. Leczenie zabiera ostatnie oszczędności pozostawione z wygranej i pieniądze zarobione w barze. Victoria nie może wyjść ze szpitala, a Jake odchodzi gdy dowiaduje się o chorobie i braku pieniędzy. Dzieci zostają same w domu. Skazane tylko na siebie podejmują próbę dostania się do szpitala, w którym leży matka. Wyprawa jest trudna, ale w końcu im się to udaje.
Victoria wychodzi ze szpitala, ale następnego dnia musi tam wrócić. Przekonana, że leczenie potrwa krótko, zostawia dzieciom odrobinę jedzenia i pieniędzy. Niestety nie wraca do domu. Zrozpaczona Lola dzwoni do swojej ciotki – Barbary – z którą nigdy nie miała kontaktu, a która rzekomo jest siostrą jej matki. Ciotka zabiera dzieci do swojego domu. Niestety Victoria, w przypływie złości, dzwoni do męża, by mu powiedzieć, że ma raka. Ma nadzieję, że mężczyzna opamięta się i nie będzie jej więcej bił. Bardzo się jednak myli. Facet odnajduje rodzinę w domu Barbary, gdy jej nie ma i zaczyna okładać żonę pięściami. Na szczęście ciotka dzieci szybko wraca i powala mężczyznę na ziemię.
Historia kończy się dobrze, zapewne po to, by pokazać, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nikki zostaje uleczona i dzieci żyją z nią w spokoju u boku Barbary.
Książkę czyta się szybko, ale nie jest wciągająca. Mimo trudnej historii poleciłabym ją bardziej 10, 12-latkom, niż młodzieży. Oczywiście dla dzieci byłaby to i przestroga i nauczka na przyszłość, ale nie sądzę, by były zainteresowane taką książką. Chociaż z drugiej strony sceny przemocy nie są zarysowane w bardzo brutalny sposób, więc myślę, że książka była pisana z myślą o młodszych czytelnikach.
A jeśli jej nie znacie, piszcie opinie na temat recenzji.
Każdy głos jest mile widziany.
niedziela, 16 czerwca 2013
"Oczami fanów Michaela Jacksona"
"Oczami fanów Michaela Jacksona stanowi niezwykle ciekawą próbę wniknięcia do społeczności fanów artysty wszech czasów
i zrozumienia ich osobistego świata skoncentrowanego wokół wyjątkowej osobowości Michaela Jacksona. Autorka, poznając środowisko fanów z perspektywy uczestnika, zdobyła wiedzę, która pozwoliła jej wyjaśnić to, co stanowi istotny element życia osób zafascynowanych piosenkarzem.
Książka wzbogacona jest licznymi wypowiedziami fanów oraz nigdy wcześniej niepublikowanymi zdjęciami, przez co stanowi unikalną pozycję, ukazującą nie tylko fenomen powstawania tożsamości fana Michaela Jacksona, ale również samego Króla Popu.”
Po tę książkę sięgnęłam dzięki jeden z opinii, która głosiła, że można ją polecić nie tylko fanom Michaela Jacksona, lecz także każdej osobie, która należy do jakiegokolwiek środowiska fanów.
Zacznę od tego, że opinii na ten temat jest bardzo mało. Być może najbardziej w tym wszystkim przeraża cena, ale niekoniecznie… Należy pamiętać, że cena rynkowa nie zawsze pokrywa się z cenami w sklepach internetowych. Dlatego skupię się na innym powodzie, który według mnie jest znacznie ważniejszy. Chodzi o początek. Każda osoba, która stoi w księgarni i próbuje dokonać wyboru – kupić, nie kupić – zaczyna czytać pierwsze strony, by w końcu się zdecydować. Jeżeli nadal nie potrafi, może przerzucić parę stron i znów zacząć czytać. Początek TEJ książki zdecydowanie odstrasza.
Strony są idealnie białe, a czcionka zbita, co utrudnia czytanie. Po kilkunastu minutach trzeba dać odpocząć oczom, które, jak na złość, zaczynają wyświetlać na ścianach czarne paski po zbyt długim wpatrywaniu się w tekst. To nie ma być internetowa iluzja. Książki czyta się dla rozrywki i relaksu. (Oczywiście pomijając wszelkie pomoce naukowe, encyklopedie, podręczniki etc.). Niestety – po pierwszym rozdziale przemknęły mi przez głowę te dwa straszne słowa „ZAWIODŁAM SIĘ”. Nie zdążyłam ich jednak wypowiedzieć w nagłej próbie mobilizacji. Dałam tej pozycji drugą szansę. Zaczęłam wgłębiać się w spis treści, bo sądziłam, że może tam znajdę odpowiedź na pytanie…
A pytanie to brzmiało (mniej więcej): Co to do diaska jest?
Sam początek przypomina encyklopedię. I to jaką! Bardzo szczegółową i nakazującą czytać poszczególne słowa dokładnie, żeby się nie pogubić. Autorka bowiem jest socjologiem. No i mamy – zanim zacznie luźny przekaz – fan – idol – odbiorca książki, zaczyna najpierw wyjaśniać w jaki sposób się do tego zabierała.
Zaczynamy pierwszy rozdział:
„Rozważania paradygmatyczne, interakcjonizm symboliczny, pojęcie tożsamości w perspektywie interakcjonizmu symbolicznego, koncepcja społecznych światów i jej zastosowanie do opisu zjawisk występujących w Internecie”. Skrót Wikipedii. Na końcu tego jakże nauczającego rozdziału następuje podsumowanie, które w pięciu, sześciu zdaniach streszcza to, co wcześniej czytaliśmy na poprzednich 32 stronach. Nie chciałabym być niemiła dla autorki, ale osoby, które nie lubią naukowych wywodów, popieranych dodatkowo filozofiami, przedstawicielami
i skrajnościami, mogą to wszystko pominąć i przeczytać samo podsumowanie. Ja co prawda nie lubię tak długich wywodów naukowych na temat, którym się nie interesuję, ale byłam ciekawa jak to się dalej potoczy, więc czytałam całość.
Tym sposobem doszłam do rozdziału numer 2, a tam wielka niespodzianka. Po założeniach teoretycznych możemy w końcu przejść do… METODOLOGII BADAŃ. Tak, do m e t o d o l o g i i b a d a ń. (Nie, nie kpię).
Powtórka z liceum:
„Naturalizm, teoria ugruntowania, techniki zbierania danych, wywiad narracyjny i wywiad swobodny, wywiad z użyciem fotografii, triangulacja, etyczne aspekty badania”. I kolejna niespodzianka – brak podsumowania. No niestety, to trzeba czytać w całości (jeśli jest się ciekawym). Po przebrnięciu przez nowe socjologiczne wywody mamy za sobą 52 strony książki, która liczy 153 strony.
Pora na to, co najbardziej interesuje czytelnika – rozdział trzeci, ostatni – „Konstruowanie tożsamości fana Michaela Jacksona”. I tu zaczynają pojawiać się naprawdę ciekawe rzeczy. Przynajmniej dla osób, które wcześniej nad sobą nie myślały. Jeżeli ktoś lubi długo rozmyślać o swoim życiu i zachowaniu, filozofować na jego temat
i zgłębiać na ten temat wiedzę, połowa tego rozdziału będzie dla niego oczywista. Druga połowa już niekoniecznie. Autorka przybliża tu szczególnie kwestię najbardziej znanego (w Polsce) forum dotyczącego Michaela Jacksona – MJ Polish Team (MJPT). Na podstawie informacji tam zawartych nakreśliła zarys fana, oddzielając go od miłośnika muzyki i fanatyka oraz tworząc wykresy tzw. stażu fanowania i piramidę stopni zaangażowania. Ewa Mróz powołuje się na liczne wypowiedzi fanów, z którymi przeprowadzała wywiady przez dwa lata od śmierci idola. Niestety trochę irytuje ciągłe powtarzanie, że autorka także jest fanką. Po pewnym czasie ma się ochotę po prostu wykrzyczeć, że to już dotarło do wiadomości i nie chce się więcej tego odczytywać. Podobnie jest z niektórymi przywoływanymi przykładami, które co jakiś czas się powtarzają (dosłownie). Co nie znaczy, że ten rozdział przestaje być ciekawy. Przeciwnie – akurat ten jest bardzo interesujący. Zawiera się w stronach 53 – 142. Kolejne strony, aż do 153ej to zakończenie (4 strony) i bibliografia.
Wracając do opisu, „książka wzbogacona jest licznymi (…) nigdy wcześniej niepublikowanymi zdjęciami (…)” – to oczywista przesada. Nie licząc okładki, książka zawiera sześć niewielkich zdjęć, w tym trzy zdjęcia Michaela w otoczeniu fanów, dwa będące fotografiami pomników lub tablic upamiętniających i jedno zdjęcie fanki z różą
i zdjęciem Michaela w dłoniach. Pozostałe obrazki (jest ich 24), to fotomontaże wykonane przez zagorzałych fanów (lub fanatyków, a należy wiedzieć, że fan i fanatyk to nie to samo). Mieszczą się po trzy na stronę, więc są dosyć małe. Zamieszczono je w części trzeciego rozdziału, którego nie zamierzam pominąć w mojej recenzji. Ten fragment, poświęcony wyżej wymienionym obrazkom, opisywał drugie forum o MJ. Autorka nie podała jego nazwy oraz strony, na której można go znaleźć, ponieważ jest ono poświęcone w całości erotycznym fantazjom (głównie) fanek. Nie zacytowano żadnych treści, ponieważ nie nadawały się one do publikacji (z czego się bardzo cieszę, bo uważam, że to byłoby ponad moje siły). Umieszczono natomiast fotomontaże. Jak głosi przypis, wybrano zdjęcia o łagodniejszej treści. Nie mniej jednak nie miałam ochoty ich oglądać. Jako „normalna” fanka Michaela, byłam nieco zniesmaczona jeśli chodzi o umieszczanie takich treści. Oczywiście rozumiem, że skoro to bardziej praca naukowa, niż zwyczajna książka, nie można było pominąć żadnego aspektu dotyczącego fanów. Niestety.
Co do bycia „normalną” fanką, wywnioskowałam to także po rozdziale, który dotyczył bycia „normalnym”, „nienormalnym” i „lekko przeginającym”, oczywiście z podkreśleniem, że w niektórych przypadkach bycie „nienormalnym” jest całkowicie „normalne” i uzasadnione, bo mija z wiekiem i „stażem” fanowania.
A więc jednak książka mnie czegoś nauczyła. ;)
Wiem, że większość recenzji była lekko prześmiewcza i negatywna, ale po przeczytaniu całej książki muszę powiedzieć, że mimo wszystko polecam, bo trzeci rozdział był naprawdę ciekawy i pokazał liczne aspekty bycia fanem. Nie tylko Króla Popu. Autorka przytaczała fragmenty rozmów ze szczerością aż do bólu, pisząc nawet kiedy ktoś się śmiał, lub wciskając dygresję „nie, nie pisz tego”, nawet jeśli to już napisała.
Nie powinno się na początku zrażać do całości. Zawsze można po prostu pominąć dwa pierwsze rozdziały. Zapewniam, że bez ich czytania trzeci rozdział również będzie zrozumiały.
W końcu mamy do czynienia z Homo sapiens.
A jeśli jeszcze jej nie znacie, piszcie opinie na temat recenzji.
Każdy głos jest mile widziany.
piątek, 14 czerwca 2013
czwartek, 13 czerwca 2013
"Mroczna toń"
„Ocean wzywa Vanessę, lecz ona rozpaczliwie stara się zagłuszyć jego wołanie. Kiedy dziewczyna wraca do nadmorskiego miasteczka na wakacje, wszystko przypomina jej o byłym chłopaku, Simonie. Nadal go kocha i pragnie naprawić dawne błędy. Ale czy powinna zbliżać się do Simona, skoro jest teraz potworem zadającym ból? Czy ukochany odwzajemni jej uczucie, gdy pozna prawdę? Vanessa musi podążać za swą nową naturą, nie zważając na ofiary…”
Kolejne wakacje w Winter Harbor. Po trzecią część sięgnęłam zaraz po przeczytaniu drugiej. Byłam bardzo ciekawa czym tym razem zaskoczy mnie autorka. Na szczęście nie zawiodłam się.
Przyznaję, że było parę rzeczy, które zaczęły mnie irytować. Jestem rozbita pomiędzy początkiem
a zakończeniem książki. Niestety pierwsze strony były nudne. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich części, nie wciągnęły mnie od razu w świat Vanessy. Później było lepiej. W zasadzie nie trzeba było długo na to czekać, więc mogę pominąć milczeniem ten wstęp. Nie zamierzam natomiast pomijać kwestii powiązania „Mrocznej toni” z „Głębią”. Denerwował mnie silny kontrast pomiędzy Paige i Vanessą. Rozumiem, że Paige przeszła więcej i była silniejsza, ale bez przesady... Oprócz tego przez cały czas zastanawiałam się gdzie podziała się Charlotte.
A osoby, które czytały tę część wiedzą, że bohaterka zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. (Nie będę zdradzać szczegółów). W każdym razie zabolało mnie to tak samo, jak nagłe zniknięcie Parkera. Jeśli się nie mylę, tutaj został on wymieniony trzy, może cztery razy… Uważam, że ze względu na drugą część, ta postać powinna mieć więcej miejsca. Ale nie da się ukryć – jego brak znakomicie zadziałał na wyobraźnię. Nie wiem, może to kwestia tego, że zabrałam się za tę część zaraz po „Głębi”, ale do samego końca myślałam, że to on jest sprawcą tego wszystkiego, co się działo.
Tricia Rayburn i tym razem zakończyła każdy rozdział w momencie największego napięcia. Trzeba było czytać dalej. Nawet mimo nieco nudnego początku, za pierwszym zamachem przeczytałam prawie połowę książki.
I w tej połowie stanęłam na rozdrożu. Zdałam sobie sprawę, że niedługo skończę czytać, a wtedy będę wiedzieć jak się potoczyły losy Vanessy. Tak więc z jednej strony nie mogłam się doczekać końca, a z drugiej wcale nie chciałam kończyć. Muszę przyznać, że jak na ostatnią część trylogii, autorka naprawdę się popisała. Rzadko się zdarza, by ostatnia powieść była tak fascynująca (a chyba nawet bardziej) jak pierwsza część. Zostałam całkowicie pochłonięta - do tego stopnia, że czasem miałam ochotę wyskoczyć z fotela i napić się wody z solą. Potrzebowałam czegoś, co pomoże mojemu ciału nie uschnąć. Czułam tę samą bliskość dwojga zakochanych ludzi i – jak zawsze – miałam gęsią skórkę i przez prawie całą książkę odczuwałam dreszcze rozchodzące się wzdłuż pleców i niżej, do nóg.
Ta trylogia zdecydowanie ląduje na mojej górnej półce. Kiedy skończyłam czytać „Mroczną toń”, miałam ochotę zacząć jeszcze raz od początku. Ponownie zachwycić się „Syreną”, zaraz po niej przejść do „Głębi” i od razu wypłynąć w „Mroczną toń”.
Zanim zakończę recenzję, parę słów o tytułach. Wiadomo, dlaczego pierwsza część to „Syrena”.
Uważam jednak, że tytuły pozostałych dwóch dzieł podkreśliły geniusz Tricii. Tych, którzy lubią pofilozofować nad książką nieco dłużej, nie powinno to dziwić. Można łatwo zauważyć, że tytułowa głębia nie odnosi się tylko do oceanu, lecz także odczuć głównej bohaterki. Zarówno jej postawy zewnętrznej, jak i wewnętrznych rozterek. Natomiast użycie mrocznej toni w kulminacyjnym momencie okazało się bardzo trafione. Do tych dwóch słów dąży się przez całą książkę, a gdy można je w końcu przeczytać, ekscytacja rośnie do maksimum. Czytelnik zdaje sobie wtedy sprawę co tak naprawdę się dzieje, do czego doszedł, do czego doszła Vanessa i jej nowe życie. A zaraz po napięciu następuje jeszcze większe, bo okazuje się, że sama końcówka powieści przynosi jeszcze więcej zaskoczeń i nagłych zwrotów akcji, których – jak zwykle – nikt by się nie spodziewał.
Ponownie ostrzegam tych, którzy od czasu do czasu muszą się wysypiać.
Nie czytajcie tego wieczorami, bo nie można się oderwać…
A jeśli jeszcze jej nie czytaliście, piszcie opinie na temat recenzji.
Każdy głos jest mile widziany.
środa, 12 czerwca 2013
Konkurs - Złodziejka Książek
wtorek, 11 czerwca 2013
Jay Asher
