Jak dla mnie okładka z serii Oliver Lauren wygrywa, natomiast nowa okładka "7 razy dziś" jest katastrofą, choć pasuje do treści... A jakie jest Wasze zdanie?
niedziela, 22 marca 2015
Zapowiedzi (:
Jak dla mnie okładka z serii Oliver Lauren wygrywa, natomiast nowa okładka "7 razy dziś" jest katastrofą, choć pasuje do treści... A jakie jest Wasze zdanie?
poniedziałek, 16 marca 2015
"Widmopis"
David Mitchell jest znany głównie dzięki popularności „Atlasu chmur”. Zarówno jego książka, jak i jej ekranizacja zdobyły świat, a miliony ludzi na świecie zapragnęły poznać inne dzieła tegoż autora. Wśród nich znalazł się „Widmopis” i właśnie on był moim pierwszym spotkaniem z twórczością Mitchella.
Czy można je uznać za udane?
Przez długi czas delektowałam się widokiem tej książki na swojej półce. Trzeba przyznać, że okładka jest wspaniała. Tytuł i zielone wzory kwiatów zarysowane na powierzchni okładki odbijają światło, dzięki czemu koło grzbietu nie można przejść bez zwrócenia uwagi na tytuł. A wiadomo przecież, że od zainteresowania się okładką do zapoznania z opisem, a następnie całą książką, niedaleko. I to jest właśnie ta ważniejsza kwestia, która powinna się pojawić przed opisem oprawy. Szkoda, że tak często to okładka przyciąga do książki, nie treść. Pod względem technicznym książkę czyta się koszmarnie. Białe kartki, kruczoczarna czcionka i maciupkie wręcz literki. Nie sądziłam, że piszę się na wersję kieszonkową w dużym opakowaniu – bo tak mniej więcej odczułam zapoznanie się ze środkiem. W dodatku treść nie pozostawała dłużna temu wrażeniu.
Wchodzimy w świat wykreowany przez wielkiego Davida Mitchella i… od razu odechciewa się czytać. Pierwszy rozdział, już od pierwszych zdań, to niesamowicie mozolna, długa i nudna droga ku upragnionej cyferce „2”. Męczy wszystko – przez wspomnianą wcześniej stronę techniczną, po obraz mężczyzny, którego sposób myślenia jest całkowicie pozbawiony sensu. Kim jest i co robi – tego można się tylko domyślać. Przeszkadza w tym usilna wiara w bóstwo. Nasz bohater ma dwadzieścia kilka lat i ucieka. Musi uciekać, gdyż wypełnia właśnie wielką misję, jaką jest pozbycie się „maluczkich” ludzi zwanych przez cały czas Nieczystymi. Chłopak nimi gardzi i gdyby mógł, wytępiłby każdą chodzącą istotę, która nie wpasowuje się w jego idealny świat. Na całe szczęście wiary dodaje mu Jego Serendipity. Bohater się modli, Serendipity przemawia – szumem fal, które obijają się o nadmorskie kamyki, szczekaniem psów i pająkami, które początkowo miały być zabite. Czy to nie fascynujące? Szkoda, że autor nie pozwala czytelnikowi odkryć co też te fale, psy i pająki mówią, bo bardzo byłam tego ciekawa. Każdy rytuał jest tak samo obrzydliwy jak trwanie w tej swego rodzaju terrorystycznej sekcie. Ci, którzy nie pochwalają jej działań, nie zasługują, by dalej żyć, natomiast ci, dla których uczestnictwo w Bractwie jest święte, stają się wielkimi ludźmi. Nieliczni nawet przechodzą jedyny w swoim rodzaju chrzest, który polega na – dzieci, zamknijcie oczy – wypiciu spermy. No i mają, czego chcieli! Zostają Czyścicielami. Mogą tępić robactwo. Czujecie się zgorszeni? Ja byłam.
Pójdźmy jednak dalej – „Widmopis” nie jest tylko i wyłącznie opisem życia przytoczonego powyżej. Książka składa się z dziesięciu rozdziałów, które opowiadają o egzystencji dziewięciu bohaterów. Każdy z nich jest inny i wyjątkowy. Niektórzy dają do myślenia, inni dość przeciętni w swoim istnieniu, niczego nie wnoszą do naszego małego, realnego świata. Im dalej brniemy, tym książka staje się bardziej zagmatwana i odrealniona. Świat ten, trzeba przyznać, jest fantastyczny. Jednak nie wychodzi poza granice wyżej opisane – nadal dziwi, brzydzi i pozostawia pytania bez odpowiedzi. A jednak te historie, początkowo nie mające ze sobą żadnego związku, w końcu łączą się w całość i każą zastanowić się nad losem, który igra z każdym z nas. Nowe decyzje zmieniają bieg wydarzeń, a każdy wie, że nie można już niczego cofnąć. Nasza przeszłość rodzi przyszłość, a Mitchell stara się pokazać w jaki sposób to się dzieje. Nawet bohaterowie mają świadomość tego, że zmiany mogą przynieść dobre lub złe konsekwencje. Ich zadaniem jest się na nich uczyć i nie popełniać starych błędów. To jeden z aspektów, który bardzo mi się spodobał w tej książce. Badanie tego, co niezbadane. Oszukiwanie losu.
Zabawa w kotka i myszkę.
Można przyjąć, iż pod względem merytoryczno-filozoficznym książka jest naprawdę godna uwagi. Jednak bardzo trudno jest się zmuszać po każdym zakończonym rozdziale, by zacząć czytać kolejny. „Widmopis” nie wciąga i nie porywa. Jeśli ktoś dojdzie do końca, może być usatysfakcjonowany ze swojego wyboru lub zniesmaczony po wielkiej porażce. Ale może takie właśnie było założenie autora? Kto wie. Wasz wybór – albo przeczytacie tę książkę, albo polegniecie przy którymś z gorszych rozdziałów. Sięgniecie po to.
Albo nie.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Sztukaterowi oraz wydawnictwu MAG.
niedziela, 1 marca 2015
"Kurort Amnezja"
Wiem o tym od dawna i do tej pory nie potrafiłam zmienić swojego zdania – polskie książki przełykam jak najbardziej gorzkie lekarstwo na świecie. Choć próbowałam i próbowałam, do tej literatury naprawdę ciężko mi się było przekonać. Więc dlaczego… Dlaczego mimo tylu wad, tak ogromnej ilości rzeczy, które mi się nie podobały i które skrupulatnie wypisywałam w pamięci, pomimo ciągłego wyliczania ich w każdą możliwą stronę, ta książka postanowiła mi się spodobać?
„Kurort Amnezja” to tak lekki kryminał, że aż zwątpiłam w jego kategorię. Pierwsze rozdziały w zasadzie wyjaśniły całą historię – jedna z głównych bohaterek niedawno straciła męża. Druga natomiast straciła pamięć. Wanda, Czarna Wdowa, czy raczej kobieta-jeż, jak nazywali ją mieszkańcy Brzegów, w trakcie stypy dowiedziała się, że jej mąż miał romans z niejaką Marianną Żuczek. O występku zmarłego mężczyzny wiedzieli wszyscy, od rodziców począwszy, na przyjaciółkach Wandy skończywszy. Kobieta postanowiła pójść za ciosem i całkowicie odcięła się od dotychczasowych znajomości. W Brzegach próbowała odnaleźć spokój i zemścić się na osobie, która przyczyniła się do zrujnowania jej życia. Problem jednak tkwił w tym, że ta osoba nie miała pojęcia kim jest, nie mówiąc nawet o swojej przeszłości. Amnezja dysocjacyjna, która dopadła ją po wypadku, wymazała całą przeszłą pamięć. W ekspresowym tempie doszło do konfrontacji, która nic nie wniosła do życia bohaterek. Ich rozmowy były początkowo bardzo irytujące. W dodatku od samego początku można było stwierdzić, że całość została napisana przez autorkę polskiego pochodzenia. Tak jak w polskich filmach, tak i tu przekleństwa się mnożyły, podobnie jak typowe „powiedzonka” ostatnich czasów. Ale nazywanie kogoś mamą Madzi? Naprawdę?
Początkowe upierdliwe powracanie do głównego wątku nie było przyjemne. Niektóre kwestie mogłabym wyrecytować na pamięć. I chyba tylko w polskich książkach brud na suficie może być w kształcie foki… Poprawcie mnie, jeśli się mylę. Akcja toczyła się swoim własnym, powolnym tempem, aż w połowie książki doszło do morderstwa, którego nikt się nie spodziewał i gdy już wydawało się, że akcja nareszcie się rozkręci, BACH! Powrót do schematu. Jedna z bohaterek stała się Kopciuszkiem i w dodatku doskonale zdawała sobie z tego sprawę. W pewnym momencie akcja nawet stała się bardzo ciekawa, jednak nie trwało to długo. Zakończenie przewidywalne, choć otwarte. ALE.
Musiałam to napisać na samym początku, bo to dość ciekawe – mimo tych wszystkich uwag, które pojawiły się w poprzednim akapicie, od książki nie można było się oderwać. Może to za sprawą dobrego stylu, lekkości pióra, doświadczenia – cokolwiek to było, gdy rozpoczęłam czytanie, nie przestałam, aż nie minęłam połowy. Drugiego dnia zostało mi raptem kilka rozdziałów do końca i również pochłonęłam je za jednym zamachem. Z całą pewnością historia coś w sobie miała i mimo kilku schematów i swego rodzaju monotonii, byłam ciekawa dalszych losów bohaterek. Książkę dopracowano, choć po autorce z tak licznym dorobkiem spodziewałam się czegoś lepszego. W końcu „Kurort Amnezja” – jak napisano na skrzydełkach – jest jej „szóstą najlepszą powieścią”. Według mnie jednak, gdyby pominąć niespodziewane morderstwo, książkę zaliczyłabym do kategorii powieści obyczajowych, które poruszają tak trudny temat jak śmierć ukochanej osoby i walka o dalsze życie osób w żałobie. Dzięki plastyczności języka ten aspekt wydał się naprawdę przerażający. Do Hitchcocka bym jednak go nie porównywała, jak zrobiono to w opisie.
Podsumowując, nie jest to książka dobra, lecz nie jest też zła. Ot, przeciętna opowieść, którą nawet warto poznać, choć nie można od niej oczekiwać zbyt wiele. Mimo licznych wad i schematów, może się spodobać. Jest doskonale dopracowana i odpowiada na wszystkie nurtujące pytania. Chociaż przewidywalna, czytanie jej nie było marnowaniem czasu. „Kurort Amnezja” to doskonała rozrywka na nudne wieczory i odpoczynek po ciężkiej pracy. Mimo trudnego tematu, nie przytłacza czytelnika. Dlatego właśnie polecam.
W końcu wszystko zależy od gustu.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Sztukaterowi oraz wydawnictwu Prószyński i S-ka.
niedziela, 22 lutego 2015
"Autodestrukcja krok po kroku"
PRZEWODNIK SARKASTYCZNY"
Czy czujesz, że Twoje życie jest za bardzo poukładane? Masz wrażenie, że wszystko przychodzi Ci bez większego problemu i zawsze dostajesz to, czego chcesz, a konkursy kończą się Twoją wygraną? Czy idąc wysłać Lotto doskonale wiesz, że wygrasz? Posiadasz normalną rodzinę, która nigdy się nie kłóci, nieskazitelnych przyjaciół, zawsze skorych do pomocy, najprzystojniejszego mężczyznę lub najpiękniejszą kobietę na świecie, Twego małżeństwa zazdroszczą okoliczni sąsiedzi, którzy nie zamierzają podkładać nóg, gdy przechodzisz koło nich, a Twoje dzieci są najgrzeczniejszymi prymusami w szkole? Jeśli tak, to prawdopodobnie jesteś najszczęśliwszym
i najbogatszym człowiekiem na świecie, a tacy nie istnieją. Zatem… Czy Twoim największym marzeniem jest posiadanie problemu, albo chociaż kilku? A może wykorzystujesz sytuacje, by obrócić je na swoją własną korzyść? Z pomocą nadchodzi Bill L. Little ze swoim sarkastycznym przewodnikiem!
Po co pisać poradniki o rozwiązywaniu problemów, skoro sklepowe półki uginają się pod ich ciężarem? „Autodestrukcja krok po kroku” to prawdopodobnie pierwszy podręcznik, który zamiast pomóc Ci rozwiązywać problemy, wskaże jak je stworzyć. Drogi czytelniku, zapewniam Cię, że jeszcze nigdy nie trafiłeś na wspanialszą książkę, która – jak w tytule – krok po kroku pozwoli Ci doprowadzić siebie (i najbliższe osoby) do autodestrukcji! Spełnisz dzięki temu swe niepowtarzalne marzenia. Powinieneś jednak wiedzieć, że już jesteś na dobrej drodze! Prawdopodobnie nie jedna strona z tej wspaniałej książki przewróci Ci w głowie i z satysfakcją (albo strachem) krzykniesz nagle: To ja! Właśnie ja tak robię! A wtedy nie będzie już odwrotu – Twoje szare komórki rozpoczną pracę na najwyższych obrotach i zyskasz jedyną, niepowtarzalną świadomość, dzięki której odkryjesz co, czy raczej kto przyczynia się do powstawania i pielęgnowania Twoich problemów. Dowiesz się również, że czasami wcale nie chcesz ich unikać, bo życie z problemami jest przecież dużo prostsze niż trwanie bez nich. Powiedz – czy nie czułeś się kiedyś nieswojo, gdy udało Ci się rozwiązać swój największy problem
i nagle Twoje życie toczyło się wolnym, poukładanym tempem?
Bill L. Little nadchodzi, by głosić prawdę. Oswajamy swoje problemy niczym zwierzątka, a kto nie kocha swoich pupili? Tylko okrutni ludzie porzucają zwierzaki na drodze! Myślę, że to dość trafne porównanie, bo zwierzęta pozwalają ludziom odprężyć się i często są jedynymi towarzyszami w życiu. Z problemami jest dokładnie tak samo. Przewodnik sarkastyczny pozwala spojrzeć na świat od drugiej strony – to jedyny sposób na to, by przekonać się jak śmieszne jest nasze, jak nazywa to autor, problemotwórstwo. A śmianie się z samych siebie to bardzo dobry znak. Oznacza on, że – tak jak autor – mamy do siebie dystans i nie zamieniamy się w chodzące nieszczęście. Osobiste podejście autora do życia i samego siebie sprawiło, że podczas czytania jego książki bardzo często wybuchałam śmiechem lub uśmiechałam się do kartek, co dziwiło osoby, które widziały co czytam. Ale jak tu się nie uśmiechać, gdy pastor przekonuje, że wykorzystywanie wiary jest złe? Oczywiście każdy kto sięgnie po tę książkę bardzo szybko zda sobie sprawę, że opisywane przypadki i rady sprawnego tworzenia problemów mają działać odwrotnie. Odbiorca czyta o tym jak wytworzyć sobie dany problem i zdaje sobie sprawę, że to o jego własny problem właśnie chodzi, po czym dociera do niego, że sam był jego przyczyną. Autor namawia, by brać odpowiedzialność za własne czyny. Skoro sami prowokujemy swojego problemy, sami możemy się ich pozbyć. Prawdziwym problemem jest fakt, że – bardziej lub mniej świadomie
- rzadko tego chcemy.
Gorąco zachęcam każdą osobę, by przeczytała „Autodestrukcję krok po kroku”. Jest to jedna z niewielu książek, które naprawdę otwierają oczy, a człowiek w trakcie czytania nie czuje się przytłoczony i zmuszany do zmiany. Sarkastyczne poczucie humoru potrafi zdziałać cuda i magicznym sposobem sprawia, że po chwili sami się z siebie śmiejemy. Bill L. Little wpadł na doskonały pomysł i oryginalnie przedstawił odmęty ludzkiej psychiki. Dzięki niemu nawet najgorsze problemy, o ile sami je sobie stworzyliśmy, a tak jest najczęściej, stają się nagle zbyt zabawne, by dalej je roztrząsać. Czas na zmiany! Polecam.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Sztukaterowi oraz wydawnictwu Virgo.
I pamiętajcie – wszystko zależy od gustu :)
wtorek, 17 lutego 2015
"Bella i Sebastian"
Istnieje tak wiele słów, które pozwalają opisać uczucia pozostawione w człowieku po przeczytaniu książki... Radość, satysfakcja, wzruszenie, zaskoczenie – chciałabym. Myślę, że najodpowiedniejsze przychodzą jeszcze zanim dotknie się ostatniej strony. Kiedy już wiadomo, że nawet ona niczego nie zmieni. Jakie wtedy pozostają słowa? Trafne – takie jak: zawód, rozczarowanie, żal i złość. Poczułam się oszukana.
„Bella i Sebastian” to książka opowiadająca o losach ośmiolatka, który – pod czujnym okiem swego dziadka – uczy się życia w górach. Czasy, w których przyszło im żyć nie są ani łatwe, ani przyjemne. Rok 1943 przynosi niemiecką okupację, która zatruwa życie okolicznych mieszkańców małej alpejskiej wioski. Do tego w górach grasuje Bestia, której upolowanie graniczy z cudem, a nawet kończy się pogryzieniem. Konflikty się nie kończą, gdyż dziadek głównego bohatera skrywa prawdziwą twarz za alkoholem, a młody Sebastian jest zbyt odważny jak na swój wiek, choć od małego karmiono go kłamstwami. Pewnego dnia sytuacja ulega diametralnej zmianie – chłopiec postanawia oswoić Bestię, choć wszyscy mówią, że to niemożliwe. Przez cały ten chaos przewijają się opisy gór, niebezpiecznych przejść, podniszczonych chat, licznych trzód i… Niemców oczywiście. Czy nie za dużo tej gonitwy w tak krótkiej książce? Góry, polowania, Bestia, życie Sebastiana, życie jego dziadka i reszty rodziny, do tego Niemcy i niedopowiedzenia, które każdy czytelnik zrozumie, bo my – odbiorcy – wiemy o okupacji. Owszem – tego jest za dużo.
W tym właśnie momencie dochodzę do oszustwa. Blurb zapewnia wzruszenie. Już dostrzegam wodospady łez wylewające się z oczu. Ckliwa okładka, wspaniałe barwy, doskonała zachęta, a w środku ogromne rozczarowanie, bo choć należę do osób dość (a nawet aż zbyt) wrażliwych, ta historia ani trochę mnie nie porwała, a już tym bardziej nie było mocy, która wywołałaby we mnie wzruszenie na podstawie tego, co przeczytałam. Zamiast tego czego oczekiwałam, otrzymałam opasłe tomisko nudy. Rzadko zdarza mi się czytać 300 stron w tydzień, ale przy tej książce niemożliwe staje się możliwe. Nie mogę nawet powiedzieć, że opowieść działała uspokajająco. Jej monotonia okropnie irytowała i gdyby nie mój upór w czytaniu każdej książki do końca, już dawno bym się z nią pożegnała. Owszem, zdarzały się lepsze fragmenty. Owszem, Sebastian i jego Bestia to milutki obrazek. ALE tego nie oczekuje się po trudnych czasach. Z jednej strony zostałam obrzucona okupacją i nerwową wymianą zdań za każdym razem, gdy Niemcy opuszczali teren, z drugiej strony objawił się przesłodzony obrazek małego dziecka i tego, co ono wyprawiało. W tym wszystkim dobro poprzeplatało się ze złem, dość łatwo zacierając granicę pomiędzy tym co można nazwać literaturą a książeczką dla dzieci, nie obrażając oczywiście dziecięcej literatury. A skoro już o niej mowa, czy książki dla dzieci nie powinny być ciekawe? Jeśli dobrze zrozumiałam, „Sebastian
i Bella” jest skierowane do młodszych odbiorców. W tym całym chaosie i przemieszaniu nie dałabym swojemu dziecku czegoś takiego, głównie ze względu na liczne nawiązania do alkoholu i niektóre treści wychodzące z ust bohaterów. Gdy już się przebrnie przez początek i jakimś cudem także środek, dochodzi się do ostatnich rozdziałów, które są najbardziej emocjonującą częścią książki i kończą się tak szybko, jak się zaczęły. Brak mi słów na opisanie uczucia, które wtedy przeze mnie przeszło.
Cieszę się, że poznałam tę książkę, bo lepiej wiedzieć, do czego się nie zbliżać. Jednocześnie bardzo żałuję, że zmarnowała mi ona aż siedem dni życia. Nie mogłam doczekać się jej końca, choć może to właśnie przez to, iż równie mocno nie potrafiłam doczekać się jej początku. Czy polecam? Dla wytrwałych – dlaczego nie? Ale dla Waszego dobra, po prostu musicie mieć swoje siedem dni, w które naprawdę nie wiecie co ze sobą zrobić
i lubicie poczytać do snu. Byle tylko nerwy nie pokrzyżowały Wam planów.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Sztukaterowi oraz Wydawnictwu Rebis.
I pamiętajcie – wszystko zależy od gustu :)
niedziela, 8 lutego 2015
"Strasznie głośno, niesamowicie blisko"
NIESAMOWICIE BLISKO"
Mój Boże... Pierwszy raz siedzę przy komputerze, trzymam ręce nad klawiaturą i dosłownie nie mam pojęcia co napisać. Ta książka odebrała mi słowa. Zabrała mi myśli oraz uczucia. Ukradła serce i zwróciła mi je w strzępach. „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” nie jest arcydziełem. Nie jest książką, do której się wraca. Jednak to, co robi z człowiekiem, przechodzi wszelkie pojęcie.
Jonathan Safran Foer dokonał rzeczy wspaniałej. Przedstawił ogromną katastrofę oczami dziecka. Pokazał świat takim, jakim on jest – bez kolorowania, owijania w bawełnę i kłamstw. Prawdziwy świat, prawdziwe życie. Zrobił to z chirurgiczną precyzją, sprawiając przy okazji, że do ostatniego zdania miałam nadzieję, że coś się zmieni. Chciałam, żeby ta opowieść zakończyła się inaczej. Pokładałam ogromne pokłady wiary w to, że główny bohater odnajdzie spokój. Ale życie nie jest bajką, a zakończenia nie zawsze wywołują uśmiech na twarzy. Czasami jest to po prostu pustka, żal, smutek, może poczucie ogromnego zawodu. Bo prawda wygląda tak, że dzieci powinny mieć rodziców. Dzieci powinny mieć matki oraz ojców i żaden 9-latek na całym świecie nie powinien być skazany na dochowywanie tajemnic, które niszczą go od środka i na zewnątrz. Ale to życie nie wybiera kto będzie szczęśliwy a kto nie.
Poznajcie zatem Oskara Schella – wynalazcę, frankofila, muzyka, aktora, jubilera i pacyfistę. Wyjdźcie na spotkanie z 9-letnim chłopcem, którego ojciec zginął podczas zamachu na World Trace Center, a potem spójrzcie mu w oczy i powiedzcie, że nic się nie stało. Nie zrobicie tego. Nie będziecie w stanie. Nie możecie nic z tym zrobić. Nie cofniecie czasu, by własnymi siłami zatrzymać terrorystów, choćbyście bardzo tego chcieli. Ale trzymacie w rękach broń. Waszą jedyną możliwością jest czytanie kolejnych zdań, podczas gdy autor bawi się Waszymi uczuciami. Waszymi i Oskarowymi. Chłopiec odnajduje w gabinecie swojego ojca kopertę z napisem „Black” i dziwnym kluczem w środku. Postanawia wyruszyć w tajną misję, której celem jest odnalezienie każdego mieszkańca Nowego Yorku, którego nazwisko brzmi Black. Dziecko ma nadzieję, że dzięki temu dowie się gdzie znajduje się skrzynka, którą otwiera znaleziony klucz. Pytanie brzmi... Czy chłopak na pewno szuka jedynie tajemniczego zamka? Czy może chodzi tu o coś więcej?
Autor książki przedstawił świat dziecka zupełnie tak, jakby w trakcie pisania sam był pokrzywdzonym chłopcem. Jednak urozmaicił historię ogromnymi ilościami inteligencji. Główny bohater nie był zwykłym dzieckiem. Był jedynym w swoim rodzaju, niepowtarzalnym Oskarem Schellem – chłopcem z misją, z tajemniczym kluczem na szyi. Bardzo bym chciała czytać o dorosłym Oskarze, który potrafi poradzić sobie z utratą rodzica. Jonathan Safran Foer nie rozpieszcza swoich czytelników – niestety. Chłopiec radził sobie na tyle, na ile potrafił, choć jego sposoby nie były do końca słuszne i dobre. Czytanie jego historii było trudne. Bolesne. Nie dlatego, że ksiązka była źle napisana. Wręcz przeciwnie – kartki dosłownie przelatywały przez palce. Jednak mimo wszystko nie chciałabym przeczytać jej po raz drugi. Po prostu psychicznie nie byłabym w stanie tego znieść. Myślę, że ta historia na dobre wyryła ślad w mojej pamięci i nie zapomnę o niej, nawet jeżeli czasem bym tego chciała.
Wszystko to dlatego, że podążałam za małym dzieckiem, które pragnęło jedynie nie być samo. Poznawałam wraz z nim dziesiątki osób o nazwisku Black i każda kolejna, choć prawdziwa, zaskakiwała mnie coraz bardziej. Szukałam odpowiedzi na pytania, na które nie było odpowiedzi. Marzyłam o tym, by do katastrofy nigdy nie doszło, zdając sobie jednocześnie sprawę, że miasto, dwa miasta obok, ludzie przeszli do porządku dziennego już kilka dni po katastrofie. I nie tylko oni. Nawet ci, którzy mieszkali niedaleko, jeśli wiedzieli, że im bliskim nic nie grozi, nie podchodzili do tej katastrofy osobiście. Sytuacja ulegała zmianie, gdy okazywało się, że nie było do końca tak, jak myśleli. A czytelnik? Choć na początku niektóre rzeczy wydawały się nielogiczne i nie miały żadnego związku z tym, co się działo, pod koniec wszystko zaczęło układać się w całość. Każdy fałszywy trop, każde kłamstwo i pominięcie pewnych części prawdy. Kiedy odbiorca zdaje sobie sprawę z tego jak był blisko i jednocześnie jak daleko, zdziwienie miesza się z satysfakcją i smutkiem jednocześnie. Dlatego właśnie tę książkę powinien poznać każdy dorosły człowiek. Nie tylko po to, by poznać świat oczami dziecka w obliczu straty, ale by zmierzyć się z własnymi emocjami wobec bezsilności. Zdecydowanie polecam.
I pamiętajcie – wszystko zależy od gustu :)
piątek, 6 lutego 2015
Rekomendacja na okładce
"Babiego Lata" Danuty Pytlak
Zysk i S-ka
"Babiego Lata" Danuty Pytlak
Zysk i S-ka
Sięgając po tę książkę nie spodziewałam się tak wielu emocji.
Niesamowite ciepło oraz dawka dobrego humoru na tle życiowych zakrętów, tajemnic i losu, który igra z naszym cienkim jak tytułowe babie lato poczuciem własnej wartości.
Wspaniała historia, która na dobre odnalazła swoje miejsce w najgłębszych zakamarkach mojego serca i stopniowo, wers po wersie, rozpalała ogień nadziei oraz wiary w lepsze jutro. Każdy powinien ją przeczytać.
Polecam, Agnieszka Bakalarska :)
~ Agnes Recenzentka